Zabawmy się w puszczę

Skakać, chlapać, przesypywać. W biegu, w ruchu wypoczywać. Turlać się. I czołgać się. Chować, zwisać, wspinać. Taplać, zgniatać, zrywać. Dotykać, wąchać, próbować i przypatrywać. Nasz bąbelek to wszystko uwielbia. I na naszym placu zabaw wszystko to ma. 

Najpierw idziemy kawałek dalej – nasypać ziaren do karmnika. Bąbelek ma już swojego wróblego przyjaciela. A właściwie czterech, bo do tylu na razie potrafi liczyć. Nie wychodzi z domu bez garści słonecznika w kieszeni. Potem z respektem, z daleka, omijamy domki dla owadów i pędem na plac zabaw. Dzisiaj gorąco, więc ściągamy buty i boso po głazach, kamyczkach i piachu – ścieżka zdrowia. Sensoryczna ponoć. W każdym razie płaskostopie bąbelkowi nie zagrozi. 

Od razu biegnie na małą górkę porośniętą miękką koniczyną i dołącza do kolegów buszujących w tunelach. Jedne zrobione są z obsypanych ziemią betonowych rur, inne z wikliny. Jak już piętnaście razy się przez nie przeczołgają, powspinają na górkę i z niej sturlają, poganiają za motylem, to zabierają się do kopania dołków w piasku, poszukiwania patyczków, gałązek i zwierzątek. 

No dobrze, bąbelek szaleje, to mogę chwilę odsapnąć w cieniu drzewa. 

Upał. Chłopaki zrobiły sobie kapelusze z łopianu i schowały się w ulubionej kryjówce – zielonym tipi z wikliny. Jakaś narada wojenna. Wymiana łupów. Jesienią będą to kolorowe liście, rzepy, żołędzie i jabłka zerwane z naszej jabłonki. Tak – mamy malutką jabłonkę. Taką, że dzieciaki same sięgają po jabłka. Ale teraz skarbami są jakieś kamyki, kwiatki i trawy z których można upleść koszyk. Naokoło placu zabaw jest łąka kwietna. Brzmi dumnie, a to nasze wytrzymałe i szybko rosnące zioła i byliny. Inaczej badyle i chwasty. Nie do zdarcia i ciągle zmienne. Wśród bujnych ziół i wysokich traw dzieciaki mają pełną przygód krainę natury. Tyle kształtów liści, kolorów kwiatów, zapachów i faktur, które dają mnóstwo frajdy.  Dzieciaki mogą ją rwać i deptać – nic im nie straszne. 

No i znowu do ganiania. Konkurs, kto dużej utrzyma się na zwalonym pniu drzewa. Bąbelek przeszedł cały – duma. Patrzy z podziwem, jak starsi huśtają się na grubym sznurze zakończonym węzłem. On jeszcze na to za mały. Ale sieć ze sznura już zdobyta. 

Resztkę energii bąbelek wyładuje przy pompie. Najpierw konewka w ruch i podlewamy co popadnie. Do błotka potrzebny jest piach i woda. Woda jest na placu zabaw niezbędna. Po pierwsze, bąka trzeba jakoś umyć z grubsza, żeby błotka nie naniósł do naszej eleganckiej windy. Po drugie trzeba go zahipnotyzować. To chwila wytchnienia – pompa i drewniane korytka z wodą załatwią sprawę na dłużej. Coś jest w tej fascynacji wodą. Każdy dzieciak może się wpatrywać w nią godzinami, przestawiając zwrotnice i kołowrotki. Mamy spory zbiornik na deszczówkę, więc można rozchlapywać wodę ile wlezie. One szczęśliwe i mają trochę ochłody w upały, a wszystko naokoło bujnie rośnie. 

Ok. Jeszcze tylko opłukać łapki i na dzisiaj koniec. Możemy wracać.

Początkowo nasi osiedlowi rodziciele wytrzeszczali oczy i fukali z niezadowoleniem. To ma być plac zabaw? Jakaś rura obsypana ziemią? Jakieś badyle? Jakaś drewniana kłoda z siatką, trochę żwiru, piachu, pompa i korytko? To przypomina raczej bałagan za szopą albo nowoczesną rzeźbę (zależy jak patrzeć), a nie plac zabaw. Ale kiedy się okazało, że dzieciaki wolą ten naturalny chaos  krainy pełnej przygód, magii i niespodzianek, już nikt nie narzeka.

To jak z kociakiem. Ktoś z Was miał kota? Można nakupować stosy zabawek, którymi szybko się znudzi. Za to jest żelazny zestaw, który zawsze działa – kawałek sznurka i papierek od cukierka. Z bąbelkami jest podobnie. Żelazny zestaw na naszym naturalnym placu zabaw, nigdy im się nie nudzi. No i ja je rozumiem.

Najbardziej współczuję miastowym dzieciakom, tych ich nudnych, sterylnych, plastikowych placy zabaw.  My biegaliśmy po łąkach i lasach, wspinaliśmy się na drzewa, zrywaliśmy jabłka, kłuliśmy się kolcami, zbierając jeżyny i zdzieraliśmy kolana. I byliśmy szczęśliwi. A one jak chomiki w klatce. Jednak nawet na niewielkiej przestrzeni w środku miasta, można dać dzieciakom namiastkę natury. Chociaż nasz plac zabaw ma tylko kilka metrów kwadratowych, to bąbelek zrobił tu dzisiaj chyba z pięć kilometrów. Ma w miniaturze łąkę, sad, las, górkę i strumień. A nawet pokrzywy. Właśnie  przybiegł z dumą pokazać bąbelki. Zuch chłopak! 

Profesor Ellen Ruppel Shell napisała: „Zapomnij o huśtawkach, ważkach i betonowych żółwiach. Aby osiągnąć sukces, plac zabaw należy wyposażyć w kilka błotnistych dołków. Dzieciaki nie potrzebują sprzętu do zabaw, one potrzebują możliwości (szansy) do zabawy”

Więcej o naturalnych placach zabaw w poradniku wydanym przez Miasto Stołeczne Warszawa, który można pobrać ze strony www.placezabaw.um.warszawa.pl.

Fot. Magdalena Wojnar – czytoczary.pl

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *